Jak dzieci uczą się zasad?

21 października 2017

Ostatnio napisałem o tym, że czuję niepokój, kiedy dorośli (rodzice, nauczyciele, specjaliści) mają potrzebę uczenia dzieci zasad: https://forum.jacekkielin.pl/forums/topic/ja-juz-ich-naucze-zasad/
Uważam, takie podejście do dzieci i młodzieży za nieskuteczne i szkodliwe (wiele można by o tym pisać). Uważam jednakowoż, że rożnego rodzaju zasady (mądrości, prawdy) mogą być ważne i dobrze jest ich w życiu przestrzegać – nie siorb jak jesz, sprzątaj po swoim psie, nie traktuj swojego domu jak hotel, zostawiaj po sobie czystą toaletę, śmieci wyrzucaj do śmietnika a nie na ulicę, itd., itp.
Jak dzieci uczą się zasad? Jeżeli powiedziałbym, że patrząc na przykład dorosłych, to nie byłaby cała prawda. Jeżeli dodałbym, że patrząc na przykład dorosłych z którymi łączy dziecko silna więź (są dla dziecka emocjonalnie ważni) – to także jeszcze nie będzie całą prawda, choć takie myślenie jest mi bliskie. Moralizatorzy, którzy uczą dzieci zasad poprzez ich głoszenie ex katedra, nieświadomie niszczą swoje relacje z dzieckiem. Mieć do kogoś stosunek paternalistyczny, oznacza traktować kogoś z góry. Czasownik „paternalistyczny” utworzony jest od łacińskiego słowa pater – ojciec. Ale taki rodzic „paternalistyczny”, to kiepski wychowawca. Dzieci traktowane z góry zaburzają się w swoim zachowaniu na bardzo wiele sposobów.
Ci którzy zamiast moralizowania przestrzegają rożnych zasad, swoim postępowaniem uczą dzieci właściwych postaw i zachowań. Tak na marginesie, to co my myślimy o sobie (jakich zasad przestrzegamy, czym się kierujemy itp.) a co robimy w rzeczywistości, to dwa różne światy. Nauczycielka o której wspomniałem w poprzednim tekście była przekonana, że ucząc dzieci z wykorzystaniem jabłek zasady „że nie wolno krzywdzić innych” robi dzieciom coś dobrego i nie dostrzegła, że ta lekcja mogła być przykładem jej bezduszności i braku empatii. Zrobić ciekawie skonstruowaną moralizatorską lekcję z ciekawymi pomocami jest bowiem dużo łatwiej, niż być empatycznym i umieć z dziećmi rozmawiać.
Gdzie jest haczyk? Haczyk jest w motywacji dorosłego przestrzegającego norm i dającego przykład. Dzieci (i ludzie w ogóle) uczą się zasad od tych z którymi są w dobrych relacjach i którzy przestrzegają norm do których osobiście są przekonani. Norm, można przestrzegać jako własnych lub jako narzuconych. Te własne są zgodne z doświadczeniem, potrzebami, światopoglądem itd. Te narzucone przestrzega się automatycznie, bezmyślnie, przez podporządkowanie.
Jako student przeczytałem w jakiejś psychologicznej książce o rodzinie, w której zasadą był, absolutny zakaz kładzenia wierzchnich ubrań (płaszczy, kurtek) na łóżka lub kanapy. Badacze zainteresowali się z czego ta zasada wynikała. Okazało się, że trzy pokolenia wcześniej, chodziło o to, żeby wszy nie przechodziły z ubrań do pościeli. Wszy już nie było, ale zasada została. Nie chodzi nawet o to, żeby zasady miały jakąś uzasadnienie ale żeby były dla dorosłego osobiście ważne. Śmiem twierdzić, że nagminnie próbujemy uczyć dzieci zasad, które nam samym narzucano i wcale osobiście ważne dla nas nie są. Bardzo wielu z dorosłych ma w ogóle duży problem z okazaniem tego co dla nich osobiście jest ważne. Nauczono ich spełniania oczekiwań innych ludzi i kiedy mają powiedzieć czego chcą (lub nie chcą) osobiście, to przede wszystkim próbują odgadnąć jakiej odpowiedzi oczekuje od nich pytający. Powiedz mi jaka odpowiedź jest słuszna, prawdziwa?Powiedz mi, czego ja chcę naprawdę dla siebie?
Dopiero dotarcie do tej autentycznej warstwy naszych potrzeb i oczekiwań pozwala nam dziecku powiedzieć:„Chcę abyś spuszczał po sobie wodę”. Nie mówić bezosobowo: „Wodę należy po sobie spuszczać” ale od siebie: JA CHCĘ tego czy tamtego. Dzieci wyczuwają autentyczność, więc nie chodzi o to, aby nauczyć rodziców, wychowawców używać słów JA CHCĘ to czy tamto, ale o to, aby rodzice i wychowawcy używając takich słów rzeczywiście wyrażali siebie. Jasper Juul nazywa taki sposób zwracania się do dzieci i młodzieży „mową osobistą”. Dorosły używając mowy osobistej musi otworzyć przed dzieckiem swoją duszę i szczerze pokazać mu co tam w tej duszy siedzi. Czyli do uczenia zasad trzeba umieć być autentycznie sobą wobec dziecka wyrażając swoje oczekiwania i być w miarę spójnym w tym co się mówi i robi. Zamiast lekcji o jabłkach nauczycielka widząc przemoc mogłaby np. powiedzieć do dziecka, które bije inne dziecko: „Przykro mi, jak patrzę na to co zrobiłeś. Nie chcę, żebyś bił innych”. Jeżeli między nauczycielką, a uczniem istniałaby więź, istnieje duża szansa na to, żeby uczeń nauczył się zasady, że innych nie należy krzywdzić. Oczywiście możliwych skutecznych reakcji jest bardzo dużo. Słabym pomysłem wydaje mi się wyrażenie dezaprobaty np. w słowach: „Nie wolno ci bić innych! Tyle razy Ci mówiłam!”.
Dla tych, którzy nie widzą różnicy pomiędzy: „Przykro mi, jak patrzę na to co zrobiłeś. Nie chcę, żebyś bił innych” a „Nie wolno ci bić innych! Tyle razy Ci mówiłam!”, chcę powiedzieć, że skuteczna pedagogika różni się od nieskutecznej takimi detalami. W pierwszym zdaniu nauczycielka mówi o sobie, a w drugim o dziecku, a to robi w tej sytuacji wielką różnicę.
Dzieci uczą się zasad od ludzi z którymi wiąże ich więź, którzy potrafią być spójni i autentyczni w tym co robią, i którzy potrafią komunikować dzieciom swoje oczekiwania do nich w sposób osobisty.