Kilka uwag o pracy z uczniem o zaburzonym zachowaniu.
14 marca 2018

Kilka uwag o pracy z uczniem o zaburzonym zachowaniu.

Czy szkoła ma tylko uczyć, czy również wychowywać? To pytanie, zadawane jest często w dyskusjach o kondycji polskiej szkoły i kompetencjach nauczycieli. Moim zdaniem, nie jest to dobre postawienie sprawy. Szkoła i każdy nauczyciel z osobna, wychowują dzieci, czy tego chcą czy nie. Wszyscy, którzy mają kontakt z młodym człowiekiem, kształtują jego zachowanie i postawy, budują jego osobowość, wpływają na wybory, determinują jego stosunek do świata i ludzi. Szkoła nie może nie wychowywać. Robi to zawsze i może to robić jedynie gorzej lub lepiej. Czy tego chce czy nie, czy jest tego świadoma czy nie – kształtuje kolejne pokolenia dzieci i młodzieży.
Szkoła jest zbyt ważną dla dziecka instytucją, a nauczyciel zbyt znaczącą osobą, by zwolnić się od myślenia na temat swojej roli w wychowaniu ucznia.

Rola wychowawcza szkoły kwestionowana jest często w kontekście wychowawczej roli rodziców. Szkoła powinna dobrze nauczać, a od wychowania są rodzice! Ten rodzaj myślenia, bardzo mocno jest zakorzeniony w świadomości nauczycieli. Nie chodzi nawet o to, aby zaprzeczyć wychowawczej roli nauczyciela, ale żeby proporcjonalnie dużo większą odpowiedzialnością za zachowanie uczniów obarczyć rodziców dzieci. Dziecko świadczy o swoich rodzicach – dla wielu nauczycieli i rodziców takie postawienie sprawy jest bezdyskusyjne i oczywiste. Wychowawcza rola rodziców stanowi niepodważalny pedagogiczny dogmat. To dlatego, naturalną wydaje się sytuacja wzywania rodziców do szkoły w momencie wystąpienia u ucznia problemów z zachowaniem. U źródeł takiej reakcji nauczycieli, często pierwszej i niestety jedynej, jest oczekiwanie zazwyczaj wyrażone wprost wobec rodziców, aby zareagowali odpowiednio skutecznie celem wyeliminowania problemu wychowawczego. Oczekiwania nauczycieli zazwyczaj obejmują dwie kwestie. Rodzice powinni porozmawiać i wytłumaczyć swojemu dziecku jak ma się zachowywać i być bardziej konsekwentni w dyscyplinowaniu źle zachowującego się dziecka. To są uniwersalne pomysły, które w opiniach wielu pedagogów, powinny skutecznie wyeliminować problemy wychowawcze z jakimi boryka się szkoła. Nauczyciele głęboko wierzą, jak sądzę, że brak tego typu działań rodziców, skutkuje złym zachowaniem dziecka w szkole. Sądzą też, że rodziców w tego typu działaniu nikt nie może zastąpić, a na pewno nie może tego zrobić szkoła.

Szkoła oczywiście nie może zastąpić rodziców, ale ma bardzo dużo do zrobienia w pracy wychowawczej, tym bardziej, że sama niestety generuje mnóstwo problemów skutkujących niewłaściwymi zachowaniami dzieci. Szkołą może i powinna także wspierać także rodziców w wychowaniu dzieci. Rodzice najczęściej nie wiedzą jak mają postąpić, aby ich dziecko zachowywało się zgodnie z oczekiwaniami nauczycieli. Nie potrafią tak rozmawiać ze swoimi dziećmi, aby to przyniosło oczekiwany pozytywny skutek i nie potrafią być aż tak konsekwentni, żeby ich dziecko spełniło wymagania nakładane przez szkołę.

Nie potrafią też tego niestety nauczyciele. Nikt ich tego nie nauczył. Oczekiwanie, że to rodzice zdyscyplinują i pozytywnie wpłyną na negatywnie zachowującego się ucznia, jest, jak sądzę, wyrazem bezradności. Kto, jak kto, ale rodzice na pewno mają jakiś wpływ na zachowanie się dziecka w szkole. W zasadzie, to rodzice są winni niewłaściwemu postępowaniu dziecka. Bez zmiany postawy rodziców, szkoła niewiele może zrobić.

Celem mojej wypowiedzi, jest wyjaśnienie dlaczego dotychczasowe myślenie i praktyka w działaniach nauczycieli, jest nieskuteczna oraz zarysowanie alternatywnych, bardziej skutecznych sposobów działania w sytuacjach zaburzeń zachowania uczniów. Moim zdaniem rola nauczyciela, jako specjalisty od wychowania, jest kluczowa. To nauczyciel, jako ten pierwszy, powinien umieć poradzić sobie z uczniem sprawiającym trudności i dodatkowo powinien umieć wesprzeć rodzica, który najczęściej jest zagubiony i bezradny wobec zachowań własnego dziecka.

Na początek chciałbym rozprawić się z dwoma mitami na temat wychowania, którymi posługują się nauczyciele. Ani pouczająca rozmowa z dzieckiem o jego zachowaniu, ani konsekwencja w działaniu rodziców, nie mogą przynieść dobrych rezultatów! Tego typu pomysły wpędzają rodziców w poczucie winy i bezradności. Umoralniające rozmowy i konsekwentne działania wychowawcze są szkodliwymi, przeciwskutecznymi próbami wpłynięcia na dziecko. Tego typu pomysły nie przyniosą dobrych owoców. Są po prostu złe. One nie działają i nie mogą działać. Tak dzieci nie powinno się wychowywać!

Są trzy reakcje na niewłaściwe zachowanie dziecka – niestety najczęściej stosowanie – które nigdy nie działają. Są nimi:
1. Wyrażenie dezaprobaty i wszystkie inne formy karania.
2. Umoralniające rozmowy z dzieckiem
3. Zwiększanie zakresu rożnych form kontroli zachowania.

Słowo „kara” jest coraz rzadziej używane w praktyce pedagogicznej. Spotykam się czasem ze słowem „konsekwencja”, które znaczy dokładnie to samo. Konieczność karania niewłaściwie w opinii dorosłych postępujących dzieci, ma chyba najdłuższą tradycję ze wszystkich oddziaływań wychowawczych. Jest to praktyka głęboko zakorzeniona w naszej kulturze.
W dzisiejszych czasach dość dobrze poznaliśmy mechanizm działania kar. Najważniejszy dla praktyki pedagogicznej jest fakt, że kara nie uczy prawidłowego zachowania! Kara, prawidłowo zastosowana może zahamować zachowanie niepożądane. Niestety jej skuteczność jest ograniczona wyłącznie do sytuacji w których groźba kary realnie wisi nad uczniem. Ponadto, kara dewaluuje się za każdym razem, gdy jest stosowana. Jej siła więc stopniowo gaśnie, tym szybciej im częściej jest używana. Karą, nie da się więc nikogo wychować. Najprostszą formą kary jest wyrażenie dezaprobaty. Nauczyciele mają głęboko zakorzenione przekonanie, że na niewłaściwe zachowanie uczniów powinni zareagować i tą reakcją jest zazwyczaj jakaś forma dezaprobaty. Inne szkolne pomysły kar to np. wpis do dzienniczka, obniżenie oceny z zachowania, czy wezwanie rodziców do szkoły na rozmowę.
Szczerze mówiąc, prawie nie widzę we współczesnych realiach szkolnych możliwości skutecznego stosowania kar, nawet jeśli przyjąć założenie, że kary przynoszą jakąś wychowawczą korzyść. Problemem szkoły jest niemożliwość skonstruowania takiego narzędzia, które odbierane byłyby przez ucznia jako karzące. Uwagi wpisywane do dzienniczków i inne podobne działania nauczycieli, dla młodych ludzi, najczęściej nie stanowią wystarczającej dolegliwości, mogącej zahamować jakieś ich niepożądane zachowania. Nauczyciele często narzekają, że nie mają narzędzi do dyscyplinowania uczniów. Uczniowie już się ich nie boją! Osobiście, bardzo mnie cieszy, że karanie uczniów odbierane jest w środowisku szkolnym jako nieskuteczne. Bo gdyby nawet było, to i tak nauczyciele powinni od kar odejść i stosować zupełnie inne środki. Jeżeli nauczyciel używa jakiejś formy kary – np. w formie wyrażenia dezaprobaty, to powinien mieć świadomość, że samo zastosowanie kary nie rozwiąże problemu, że koniecznie są zupełnie inne środki wychowawcze. Od kary trzeba jak najszybciej odejść, aby pomóc młodemu człowiekowi zachowywać się poprawnie. Bardzo ważne jest więc, aby zrezygnować z kar na rzecz autentycznie skutecznych działań poprawiających zachowanie uczniów.
Bardzo wielu nauczycieli wierzy, że można nauczyć dzieci bycia dobrymi, tłumacząc im jak są złe. Służą do tego różnego rodzaju umoralniające rozmowy, które moją na celu wytłumaczenie dzieciom szkodliwości i bezsensowności ich niewłaściwego wychowania. Takie rozmowy, mogą mieć bardziej lub mniej rozbudowaną formę. Zdarzają się nauczyciele, którzy organizują lekcje wychowawcze mające na celu wyjaśnienie dzieciom zasad prawidłowego postępowania. Niestety, słuszne treści nie docierają do tych, do których dotrzeć powinny. Żaden człowiek nie jest kameleonem i nie może zmienić swojego postępowania pod wpływem informacji na temat tego jak powinno się postępować. Nie można nauczyć się bycia dobrym nauczycielem po przeczytaniu książki, o tym jaki powinien być dobry nauczyciel. Nie można stać się dobrym rodzicem po przeczytaniu artykułu na temat tego jak właściwie postępują dobrzy rodzice. Takie umoralniające treści co najwyżej mogą wzbudzić poczucie winy u tych, do których są kierowane, ale nie zmienią ich postępowania. Wyjaśnienie nauczycielowi, że jest złym nauczycielem, nie pomoże mu być dobrym. Wyjaśnienie uczniowi, że jest złym uczniem, również nie pomoże. Umoralniające rozmowy nie podnoszą ucznia z upadku, a jedynie obniżają własne poczucie wartości tych, do których są kierowane.
Problemem jest chyba to, że nauczyciel który próbuje edukować niewłaściwie zachowującego się ucznia, rozmawia z nim z pozycji moralnego autorytetu. Dzieli ludzi na dobrych i złych. Siebie samego umieszcza oczywiście w zbiorze dobrych, a ucznia w zbiorze złych. Umoralnianie innych, ułatwia nauczycielowi zapomnieć o swoich słabościach, wyprzeć swoje własne problemy i wady. Nikt, kto zachowuje jakąś przytomność umysłu, nie może pomyśleć o sobie, że jest idealnym wzorem. Biblijna przestroga „kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem” powinna dotyczyć w pierwszym rzędzie tych, którzy biorą się za wychowanie młodego pokolenia. Sam dyplom wyższej uczelni pedagogicznej, nie upoważnia nikogo do stawianie siebie w roli moralnego autorytetu. Na szczęście, aby pomóc innym być lepszymi, wcale nie trzeba być autorytetem moralnym we własnych oczach. Dużo lepiej jest nim nie być. Unikniemy wówczas pokusy umoralniających rozmów, które będą odbierane przez młodych ludzi jako upokarzające i jałowe.
Kontrola, jest jakąś obsesją naszych czasów. Wiara w to, że kontrolując innych możemy zapewnić sobie bezpieczeństwo i ład, jest powszechna. Nie bez powodu, montaż kamer w placówkach oświatowych związany był z programem „bezpieczna szkoła”. Kontrolowani mają być nie tylko uczniowie, ale także, a może przede wszystkim nauczyciele. Nikogo nie dziwią postulaty montażu kamer w każdej grupie przedszkolnej. W szkołach montuje się drzwi z dużymi szybami do klas, aby kontrolujący pracę nauczycieli dyrektor mógł w każdej chwili zajrzeć do klasy i przyjrzeć się temu co się w niej dzieje. Nikomu przecieżnie można wierzyć! Wszystko i wszystkich trzeba sprawdzać. Takie podejście to utopia niezwykle szkodliwa, bo godząca w podstawową wartość wychowania, jaką jest zaufanie. Tam gdzie nie ma zaufania, tam nie może być dobrych relacji międzyludzkich, nie może tez być dobrego wychowania. Zaufanie, to przeciwieństwo kontroli. Dość często spotykam się z błędnym, moim zdaniem, rozumieniem zaufania. Na zaufanie zasługują ci uczniowie, którzy spełniają oczekiwania nauczycieli i rodziców. Jeśli więc dzieci nie spełnią standardów wyznaczonych im przez dorosłych, przestają zasługiwać na zaufanie. Zaufanie w takim ujęciu jest nagrodą za podporządkowanie się. Zaufanie jest elementem sprawowania nauczycielskiej lub rodzicielskiej kontroli. Czasem odnoszę wrażenie, że dla niektórych dorosłych całe wychowanie sprowadza się do kontroli. Dobry wychowawca to ten, który opanował sztukę kontrolowania zachowania dzieci. Tymczasem kontrola jest relatywnie łatwym i widowiskowym sposobem rozwiązywania problemów w sposób pozorny, który można wdrożyć bez dotykania i analizy istoty procesu wychowawczego. Nauczyciele sami podlegają kontroli. Dobrze więc powinni rozumieć, że kontrolować można jedynie to co jest najmniej ważne, czyli zazwyczaj porządek w dokumentacji, która jak wiadomo, może wyglądać świetnie w miejscach, w których wiele rzeczywistych problemów pozostaje nierozwiązanych. W wychowaniu dzieci, jest podobnie – ewentualna kontrola nie dotyka istoty i jest narzędziem blokującym właściwy proces wychowania.
Ponadto, kontrola często wywołuje bunt, czyli dodatkowo zaburza i tak niewłaściwie zachowujące się dziecko.
Czasami spotykam się z uczniami całkowicie posłusznymi. Idealne dzieci! Spełnią wszystkie oczekiwania dorosłych! Robią, to co im się karze, odzywają się jedynie zapytane, w niczym nie przeszkadzają. To, że „przy okazji” nie mają własnych pomysłów i inicjatyw, a tym samym są zatrzymane w rozwoju, może wydawać się mało istotne w zestawieniu z korzyściami wychowywania idealnie posłusznego dziecka. W takich sytuacjach nauczyciele powinni zareagować ze szczególną troską i uwagą. Jest to na pewno powód do niepokoju. Dzieci całkowicie podporządkowane, to tykające bomby, które mogą eksplodować w najmniej oczekiwanym momencie, robiąc krzywdę sobie lub innym. Czasem, kiedy spotykam nastolatka, sprawiającego wyjątkowe problemy wychowawcze, pytam czy miał okres bycia ułożonym i grzecznym, i często ta hipoteza się potwierdza.

Pilnowanie dzieci, żeby sobie nie zrobiły krzywdy, zwłaszcza w pewnym wieku, jest oczywiście potrzebne, ale sprawowane we właściwej formie, nie powinno ono być narzędziem kształtowania zachowania, a jedynie ochrony przed różnego rodzaju zagrożeniami.

Skoro kary ( w tym przede wszystkim dezaprobata), umoralniające rozmowy wychowawcze i zwiększanie kontroli nie działają, to co działa? Jakie narzędzia wychowawcze są skuteczne?
cdn.