Skuteczność behawioryzmu potwierdzona naukowo…
31 maja 2018

Dość często spotykam się z twierdzeniem terapeutów behawioralnych, że jest to jedyna pedagogika, której skuteczność jest naukowo potwierdzona (przynajmniej w terapii osób z autyzmem).
Nie wiem czy jest to zdanie całkowicie prawdziwe, bo być może coś tam jeszcze w pedagogice jest naukowo potwierdzone, ale jeżeli jest to prawda, to i tak nie oznacza to jeszcze, że osoby z autyzmem powinny być poddawane tego typu terapii.
Słowa „naukowo potwierdzona skuteczność” w uszach wielu słuchaczy mogą rodzić przekonanie, że taka terapia jest skuteczna „po prostu”. Jednak terapia, której skuteczność naukowo potwierdzono, może być całkowicie nieskuteczna w sensie potocznego, intuicyjnego wyobrażenia skuteczności. Taka naukowo skuteczna terapia może być nieużyteczna, nieprzydatna, a nawet szkodliwa.
Żyjemy w okresie skażonym myśleniem scjentystycznym. Bardzo wielu ludzi wierzy, że prawdą w sensie absolutnym jest prawda naukowa. To co naukowo dowiedzione jest prawdziwe. Nauka jednak, nie odpowiada na pytanie o prawdę. Pytanie o prawdę, nie jest pytaniem naukowym! Nauka stwierdza, że coś jest prawdziwe nie w sensie absolutnym, ale w ramach założeń (aksjomatów, pewników przyjętych bez dowodu). W ramach spekulacji naukowej można absolutnie przyjąć dowolne założenia. W psychologii i pedagogice, część tych założeń, ukryta jest w procedurach operacjonalizacji problemu badawczego. Decyzje podjęte podczas tego procesu wprost będą rzutować na wyniki. Operacjonalizacja, jest procesem bardzo złożonym, ale dla zobrazowania przedstawię prosty przykład. Badacz chcący badać związki uczuciowe między ludźmi potrzebuje zmierzyć siłę miłości. Miłość, to bardzo ważna rzecz w życiu, ale jak ją zmierzyć? Wpada na pomysł, aby naukowo miłość mierzyć za pomocą urządzenia do pomiaru tętna i ciśnienia krwi oraz zdjęć ukochanej osoby. Zakłada, że im bardziej wzrośnie tętno i ciśnienie krwi na widok zdjęcia ukochanej osoby, tym siła miłości będzie większa. W pozostały sposób operacjonalizuje pozostałe zmienne eksperymentu – inaczej się nie da! Na koniec badań ogłasza wyniki na temat powiązania siły miłości z różnego rodzaju innymi zmiennymi. Nie mówi nic o zmianach ciśnienia krwi, ale o miłości właśnie. W ramach założeń, które poczynił, może naukowo coś dowieść, ale jak to ma się do miłości przeżywanej przez nas osobiście? Tego nie da się ustalić. Na ten temat nauka nie może się wypowiedzieć.
Proces operacjonalizacji podstawia pod znaczenia słów używanych pomiędzy ludźmi, zupełnie inne, bardzo specjalnie znaczenia. Miłość rozumiana naukowo i miłość w naszym życiu, to zupełnie inne kategorie. Dotyczy, to absolutnie wszystkich pojęć. Fizycy również używają pojęć specyficznie zoperacjonalizowanych. Ostatnio po raz pierwszy zaobserwowano tzw. „falę grawitacyjną”, co w świecie fizyki było wielkim odkryciem. Fala grawitacyjna, to inaczej wahnięcie dwóch oddalonych od siebie masywnych bloków. W ramach odpowiedniej teorii i jej założeń, to wahnięcie jest właśnie tą grawitacyjną falą. O ile pojęcia fizyczne są odległe od doświadczeń ludzkich i nie mają potocznych znaczeń, o tyle pojęcia psychologiczne i pedagogiczne funkcjonują w języku nas wszystkich i mają dla nas osobiste znaczenie i wagę. Używając tych samych pojęć ale naukowo, jeżeli nie jesteśmy tego świadomi, że naukowo te pojęcia znaczą coś innego – błądzimy i oddalamy się od zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości zamiast się do niej przybliżać.
Myśląc kategoriami naukowymi, można również nieświadomie poczynić pewne założenia i tym samym błędnie odczytać wyniki badań. W psychologii i pedagogice jest bardzo łatwo o taki błąd dlatego, że najważniejsze pojęcia definiujące człowieka, nie mają i nie mogą mieć naukowego charakteru. Najważniejsze słowa opisujące człowieka wynikają nie z dociekań naukowych, ale ze spekulacji ontologicznej – czyli z nienaukowych i nieudowadnialnych założeń. Wszyscy na przykład zakładamy, że ludzie są świadomi, przeżywają emocje i że mają w jakimś zakresie wolną wolę. Te założenia są naukowo nieudowadnialne. Jedynie istnienie własnej świadomości możemy doświadczyć, żadnej innej nie widzimy, choć przyjmujemy bez dowodu, że istnieje. Jeżeli kiedyś skonstruujemy robota, który będzie nie do odróżnienia od człowieka, to nie będziemy w żaden naukowy sposób mogli stwierdzić czy jego układy elektroniczne są świadome czy nie. Dla nauki mózg ludzki to taki biologiczny komputer w którym nie ma śladu świadomości, a człowiek to biologiczny robot. Jeszcze bardziej nienaukowe jest pojęcie wolnej woli (posiadania własnego zdania), a tym samym pojęcie „podmiotu” podejmującego decyzje. Wolna wola jest przeciwieństwem deterministycznego porządku rzeczy. Akt wolnej woli, jest z nie tego świata (przynajmniej naukowego!). Coś co nie miało przyczyny – ujawniło się. Akt wolnej woli jest aktem stwórczym i boskim w swej naturze. Można nie wierzyć w Boga i wierzyć (bez dowodu) w to, że istnieje na tym świecie zjawisko wolnej woli. Ci, którzy wierzą w naukę lub mają się za naukowców, nie sądzą przecież, że są w 100% zdeterminowani. Zresztą taki sąd, jak każdy inny byłby zdeterminowany, a więc nie wynikłaby z jakichkolwiek dociekań i badań, które w rzeczywistości w 100 % zdeterminowanej, nie byłyby możliwe. Naukowo można badać tylko zależności zdeterminowane jakimiś czynnikami i dodatkowo powtarzalnymi. Coś co wydarzy się jeden raz, jest nie do zbadania przez naukowców. Człowiek jest bytem niepowtarzalnym i wyposażonym w wolną wolę, a więc niedostępnym w swej istocie naukowemu dociekaniu. Dodatkowo wyposażonym w uczucia, w zdolność odróżniania dobra i zła itd. Z punktu widzenia naukowego nie można ocenić co jest dobre a co nie, co przynosi osobistą korzyść a co nie. To w ogóle nie są problemy naukowe. Ludzkie problemy i dylematy nie mają charakteru naukowego i nauka na nie nie może odpowiedzieć. Skąd więc pomysł, aby do drugiego człowieka podchodzić jak naukowiec i badać naukowo badać skuteczność swoich oddziaływań? Dodatkowo czynić z tego jakąś zasługę i wartość? Takie naukowe podejście do drugiej osoby niesie za sobą mnóstwo niebezpieczeństw. Nie tylko dlatego, że redukuje drugą osobę do biologicznego robota, takiego pantofelka, którego reakcje badamy pod szkłem mikroskopu.
Wieli z nas przypomina sobie słynny eksperyment Milgrama. W eksperymencie tym, osoby badane proszone przez eksperymentatora (naukowca) raziły prądem za błędne odpowiedzi pomocnika eksperymentatora, który grał „badanego”. Na polecenie naukowca, pomimo błagań i nalegań „rażonego prądem” np. takich „(Intensywny i przedłużony okrzyk bólu) Pozwólcie mi stąd wyjść (2x) Mówiłem, serce mi nawala (histerycznie). Nie macie prawa mnie tu trzymać. Pozwólcie mi wyjść (powtórzone wielokrotnie)” większość poddanych temu eksperymentowi była gotowa dalej kontynuować eksperyment i razić prądem „badanego”.
Naukowe podejście, jak wynika z tego naukowego eksperymentu, może nas oślepiać i ogłuszać, czyniąc nas niewrażliwymi na drugiego człowieka.
Próba unaukowiania pedagogiki jest jakąś próbą zastąpienia niepewności pewnością. Wszyscy dobrze się czujemy, gdy mamy pewność, co do słuszności własnych działań. W relacji z drugim człowiekiem, ta pewność jest jednak przekleństwem, która zamyka nas na inność, niepowtarzalność, wyjątkowość. Naukowiec widzi tylko to co w swoich założeniach jako istotne zmienne, czyli bardzo niewiele. Dodatkowo te naukowo istotne zmienne, są z punktu ludzkiego życia mało ważne.
Nie uważam, że jest możliwe zastąpienie wrażliwości i empatii, przepływu wzajemnych emocji w relacji z drugą osobą czymkolwiek naukowo weryfikowalnym.

Osobnym problemem jest, czy skuteczność terapii behawioralnej rzeczywiście jest naukowo potwierdzona (i w jakim sensie). Tak na szybko, to na moje oko i ucho, bardzo mało jest badań, gdzie nauczona umiejętność, mierzona jest po całkowitym jej zgeneralizowaniu – czyli po całkowitym wycofaniu się z jakichkolwiek form kontroli nad osobą poddawaną tego typu terapii.
Jeżeli uczonej czynności nie uda się zgeneralizować i uczeń ją wykonuje wyłącznie pod kontrolą, to dla mnie skuteczność jest zerowa.
Inny mój problem z oceną skuteczności behawioryzmu jest fakt, że wiele badań nad skutecznością oddziaływań terapeutycznych behawiorystów nie potwierdza się w kolejnych ich własnych badaniach, bo (mam hipotezę) nie uwzględniają oni wielu rzeczywistych, ale niemierzalnych czynników wywołujących zmianę. Ale to problemy na osobną dyskusję…

Podsumowując:
Ja myślę, że jeżeli nasze oddziaływania terapeutyczne zredukowalibyśmy wyłącznie do tych, które mają naukowo potwierdzoną skuteczność, to wyrządzilibyśmy osobom, którym mamy pomagać olbrzymią krzywdę.