Wprowadzanie AAC.
20 grudnia 2017

Przyglądam się pracy nauczycieli, którzy starają się nauczyć swojego ucznia jakiegoś alternatywnego sposobu komunikacji. System alternatywny – jak się uważa – stanowi protezę mowy. Jednak u dzieci u których mowa się nie wykształciła, systemy alternatywne (np. piktogramy, język gestów) stanowią pierwszy język, który dziecko opanowuje. Nie są one po prostu zastępnikiem mowy, bo ta nigdy się nie pojawiła.

Nie da się więc uczyć AAC tak, jak uczy się dzieci języka obcego. Moim zdaniem, tak niestety postępuje spora część terapeutów starających się wprowadzić dzieciom jakąś formę komunikacji alternatywnej.
Jeżeli dziecko posługuje się językiem polskim w komunikacji, możemy uczyć je niemieckiego przez tłumaczenie słów języka polskiego na niemiecki. Możemy tak ustawić lekcję, aby te słowa w języku niemieckim używało w różnych kontekstach. Za pomoc do nauki może posłużyć czytanka w języku niemieckim, nagranie jakiegoś tekstu, lub po prostu wypowiedź samego nauczyciela. Dziecko może coś powtórzyć lub odpowiedzieć po niemiecku zadane mu na pytanie. Chodzi o to, aby jak najwięcej mówiło w języku niemieckim. W zasadzie nauka obcego języka polega na jak najczęstszym używaniu słów wypowiadanych w tym języku. Na lekcjach niemieckiego nie rozmawia się naprawdę, ale ćwiczy rozmawianie.

Nauka jakieś formy AAC, jak sądzę, nie może tak wyglądać – chyba, że osoba mająca taki system opanować, ma już doświadczenie posługiwania się mową (lub jakimkolwiek innym systemem komunikacji intencjonalnej).

Jeżeli dziecko nie ma takiego doświadczenia nauczenie go jakiegoś systemu AAC w ten sposób wydaje mi się niemożliwe. Można wyćwiczyć z dzieckiem jakąś sekwencję zachowań, w której używane, jako rekwizyty będą np. piktogramy – ale te zachowania nie będą rozmową, tak jak nie są rozmową recytowanie po niemiecku dialogi z czytanki. Kogoś kto nie umie w żaden sposób rozmawiać, nie nauczy się mówić w żadnym języku, ani systemie. Dzieci z którymi nie rozmawia się naprawdę, nie mogą nauczyć się sensownego używania uczonych je znaków. Nie mają one dla nich żadnego praktycznego komunikacyjnego zastosowania. Pokazywanie (najczęściej na polecenie lub inicjatywy nauczyciela) różnych znaków, służy im wtedy zazwyczaj jedynie do sprawienia przyjemności nauczycielowi, który wymaga ich użycia i nic poza tym. Choć dziecko używa znaków AAC, zgodnie z życzeniem nauczyciela – nic nie komunikuje!

Moim zdaniem, podstawą nauki AAC jest rozmawianie z dzieckiem. W tym rozmawianiu chodzi o to, aby reagować na różnorodne spontaniczne komunikaty, które dziecko wysyła.

Ucząc dzieci pierwszej formy intencjonalnej komunikacji najważniejsze jest, aby dziecko widzieć i słyszeć, i w odpowiedzi na to reagować. Podstawa nauki rozmawiania polega w swojej istocie na tym, że nauczyciel reaguje na dziecko. (Zauważcie, że ucząc języka obcego nauczyciel zazwyczaj postępuje odwrotnie – to dziecko ma reagować na nauczyciela i np. na polecenie: wypowiedzieć jakieś słowo lub zdanie).

Jednym z częstszych błędów jakie popełniają terapeuci komunikacji, jest komunikowanie się
na niby, a nie naprawdę, Ucząc dzieci AAC chcemy nauczyć ich komunikowania się, więc nie powinniśmy tego robić za pomocą teatralnych dialogów, które komunikacją nie są.

Naukę komunikacji za pomocą AAC, nie należy wcale zaczynać od wprowadzania jakiegoś systemu, ale od reagowania na różnorodne zachowania dziecka. Specjalnie użyłem słowa „zachowania” a nie „komunikaty”. Często za komunikację uznajemy te zachowania, którym potrafimy przypisać jakąś treść, natomiast zachowania które „nic nie znaczą” ignorujemy. Ale przecież ludzie, którzy komunikują się ze sobą odwzajemniają bardzo wiele „nic nie znaczących zachorowań” np. na spojrzenie reagują uśmiechem, na podniesienie rąk np. rozszerzeniem oczu, na pochylenie się do przodu – pochyleniem do przodu lub cofnięciem do tyłu. Ta komunikacja naszych ciał stanowi bazę do wszelkiej komunikacji. Daje nam doświadczenie, że jesteśmy dostrzeżeni. Nie jest tu istotne, co znaczy dane zachowanie, ale czy spotkało się z reakcją. Dzieci, na które reagujemy, zaczynają być coraz bardziej wyraziste w sygnalizowaniu swoich potrzeb. Nawet jeżeli nie potrafią jeszcze komunikować się za pomocą jakiegoś kodu komunikacyjnego (np. podniesienie ręki oznacza:”TAK”), to i tak dużo łatwiej będziemy mogli odczytać z ich zachowania ich intencje.

Zachowania, które potrafimy odczytać, warto głośno nazwać: „O, widzę, że już nie chcesz” i koniecznie je zrealizować.

Komunikacja to nie sztuka wyboru. Komunikacja (ta intencjonalna wyrażona w kodzie komunikacyjnym) to poinformowanie o swoim wyborze innej osoby. Często idzie to w parze, ale nie zawsze. Jeżeli się o tym nie pamięta, to wskazywanie piktogramów może przypominać przyciskanie włączników elektrycznych. Dziecko dotknie palcem piktogramu „miś” i w ręce wpadnie mu miś, dotknie „pić” i do buzi dostanie picie. Dlatego ważne jest, aby po dokonaniu wyboru za pomocą jakiegoś systemu znaków, dziecko spojrzało na nauczyciela. U dzieci z autyzmem (które mają problem z kontaktem wzrokowym) polecam pomysł zaczerpnięty z metody PECS – dziecko wręcza piktogram do ręki osobie z którą rozmawia.
W metodzie PECS najpierw uczymy wręczania do ręki piktogramów, a dopiero później wybierania za ich pomocą. Moim zdaniem jest to właściwa kolejność, pokazująca co stanowi istotę komunikacji intencjonalnej.

Kolejną ważną sprawą jest dobór słów. Niestety dość często terapeuci chcą nauczyć dzieci słów, które sami chcą usłyszeć, a nie tych, które dzieci realnie potrzebują.
Trzeba się zastanowić dobrze, które słowa są dziecku potrzebne. Jeżeli dziecko ma swój ulubiony przedmiot-zabawkę to zapewne słowo określające tę zabawkę będzie użyteczne dziecku i chętnie będzie z niego korzystać prosząc o ulubiony przedmiot. Słyszałem o dziecku, które jako pierwszego zaczęło używać znaku „wachlarz”. „Ubikacja”, „dziękuję”, „nie wolno” – to kiepskie pomysły na pierwsze słowa. Jeżeli trafnie ich nie dobierzemy, dziecko nie będzie chciało z nich korzystać.

Teraz wrócę do mojej pierwszej myśli. Nawet jeśli prawidłowo dobierzemy znaki do nauki AAC – wg potrzeb dziecka, to skuteczność ich wprowadzania zależeć będzie od tego, czy dany znak „włożymy dziecku do ręki” dokładnie w tym momencie, w którym ma ono rzeczywistą potrzebę jego użycia. Jeśli o tym zapomnimy, będziemy uczyć dziecka używania znaków, ale nie będzie to rozmowa, ale teatralna scenka, która nigdy na życie dziecka się nie przełoży. Bardzo wiele dzieci wyłącznie ćwiczy korzystanie z jakiegoś systemu AAC, ale z nikim naprawdę za jego pomocą nie rozmawia.

I jeszcze jedna myśl na koniec. Prawidłowe użycie jakiegoś systemu AAC nie powinno czynić nauczycieli głuchymi i ślepymi na wszystkie, absolutnie wszystkie kanały jakimi komunikuje się dziecko. Tak po prostu komunikujemy się ze sobą wszyscy – reagujemy nie tylko na słowa naszych rozmówców, ale całe ich zachowanie. Jeżeli terapeuta AAC reaguje tylko na sygnały komunikowane mu, tak jakby sobie tego życzył, na wybranych przez siebie znakach, hamuje możliwości komunikacyjne dziecka z którym pracuje. Ostatecznie system komunikowania musi wybrać sobie sam użytkownik tego systemu i nie powinien robić tego za niego jakikolwiek specjalista. Realnie, każdy z nas korzysta z wielu systemów komunikacji i taką możliwość powinien mieć każdy użytkownik AAC.